piątek, 6 września 2013

dzień 5

Wcześnie rano znowu wsiadam na rower - chcę dotrzeć do latarenki Skagen Vest, która wczorajszego wieczoru również nam świeciła. Kluczę drogami, potem ścieżkami, potem już mi się tylko wydaje, że ścieżkami i znowu więcej targania niż jeżdżenia. Teren coraz trudniejszy, słup latarni widać, ale jakoś się nie zbliża. Siąpi coraz bardziej, gdy zaczyna padać trafiam na jakieś bagna i wracam - muszę się zadowolić zdjęciem z zooma. Teraz wiem, że najłatwiej było dotrzeć objazdem plażą wzdłuż cypla. Wracam na śniadanie, Edzik wszystko już ogarnęła. Dzień będzie deszczowy i "po prostu się odbędzie". Zaliczymy dwa krótkie promy - w Hals (z daleka widać podwójną latarnię Korsholm) i Udbyhøj (tu nieładnie zastanawialiśmy się jak czyta się "ø"). Zbaczamy do Assens - w tamtejszej marinie stoi spora, 17-metrowa czerwono - biała latarnia. Ciekawa z tego względu, że przeniesiono ją tu z Thyborøn (fotografowałem tę miejscowość z Agger). Trochę błądzimy szukając latarni Gjerrild. Gdy tereny są urokliwe - warto błądzić. Docieramy do miasta Grenå. Tu znajduje się stoczniowy "szrot" - pierwszy raz widziałem jak się "tnie statki na żyletki". A kilka kilometrów od portu leży jedna z ładniejszych latarni - Fornæs. Dzień kończymy w Ebeltoft. Planujemy tu zaokrętować się i promem dotrzeć na Zelandię. Wyjdzie drogo, ale: przejazd mostem z Fyn na Zelandię też by nas kosztował (prawdopodobnie cena wiele się różnić nie będzie), zaoszczędzimy też sporą ilość autostradowych, nieciekawych kilometrów. Wieczorem spacerujemy po ebeltofckiej starówce - stare domki, mur pruski, wszystko pięknie zadbane. Brak firanek wywołuje w nas chęć podglądania. Dziwią niskie stropy, wszak skandynawowie słyną z wysokiego wzrostu. Mieszkania skromnie (nie znaczy biednie) i gustownie urządzone. Tam z całą pewnością rodzą się malarze, humaniści, filozofowie. Śpimy z widokiem drewniany latarniowiec (Fyrskib 21) - "Skagens Rev", którego latarnia nocą świeci!



Duński klimat 1: bumpy czyli spowalniacze

Duński klimat 2: uwaga! Tereny łowieckie.

Duński klimat 3: kartofler. W każdej wsi, prawie przy każdym domu. Bierzesz siateczkę, zostawiasz pieniążki.

Frederikshavn - jedno z wielu portowych miast, czuło się żeglarską tradycję kraju.

Hals. 5 min promu za 20 zł.

Okolice Assens - latarnia w marinie. Przeniesiona znad morza - teraz już tylko dekoracja.

Jeżdżąc po Danii można się był zgubić, ale zawsze było jak wrócić.

Udbyhøj - dwie przednie stawy różnych nabieżników.

Udbyhøj. Stara latarnia - na balkonie. Po prywatyzacji budynku nowa w ogrodzie.

Latarnia Gjerrild.

Grenå - była niedziela i nie wiem, czy to sklep, czy cyrk.

Latarnia Fornæs.

Ebeltoft - starówka.

Fyrskib - "w akcji".
















czwartek, 5 września 2013

dzień 6

Wstajemy rano, aby nie przegapić jakiegoś promu. W Danii trochę jak w Polsce - zero informacji. Wczoraj pani nam jej nie udzieliła, bo właśnie kończyła pracę. Rozkładu promów nie ma. Czekamy na pierwszego pracownika. W końcu jest i mówi po angielsku. Stąd prom odpływa dopiero w południe, ale jest szybciej - z Aarhus. Wymowa Århus brzmiała jak "almost" i mózg mi to trochę musiał przetrawić. W końcu jedziemy do Århus - zaoszczędzimy ze 3 godziny dnia. No i jakieś dodatkowe latarnie się trafią. Tak więc mimo że trasa nasza omijała ciekawy latarniany kompleks Sletterhage udało nam się go dosięgnąć zoomem z promu. Na Zelandii wjechaliśmy do słynnego z festiwali Roskilde. A zaraz potem do stolicy - Kopenhagi. Tam trzeba było uważać na rowery! Ścieżki rowerowe przy każdej drodze, na nich pełno dwuśladów. Ścieżki te mają nawet własną sygnalizację świetlną. Gdy stanęliśmy na czerwonym przed skrzyżowaniem, to w poprzek - zzziuuuu - rowery wypuszczone jak ze startera na F1. Szukaliśmy darmowego parkingu. Było trudno, widzieliśmy mandaty na wycieraczkami,widzieliśmy jak je wypisywano. Niedaleko dworca PKP udało się wyczaić duży, trochę "zabunkrowany" parking darmowy na 4 godziny. Tak więc mieliśmy czterogodzinny rowerowy spacer. Przejechaliśmy obok Tivoli, piaskowych rzeźb, kluczyliśmy wzdłuż kanałów wyszukując latarniowce. Generalnie jeździliśmy na zupełnego "wariata", bez jakiegokolwiek planu. Mijaliśmy zabytki nie zdając sobie sprawy z ich istnienia. Edzik jeździła w małym stresie - na wąskich ścieżkach duńczycy jeździli dość brawurowo. Na koniec dnia zajechaliśmy jeszcze do Dragør - są tam dwie unikalne w swej architekturze nabieżnikowe latarnie. Niestety, było już zbyt ciemno i nie udało się nam zrobić dobrych zdjęć. Już w nocy wyjechaliśmy do Szwecji celując na "ten najdłuższy most". Który dziwnie zaczął się długim tunelem i chyba jakoś tak z morza się wynurzał. Za most trzeba było wybecelować ponad 350 koron - pozbyliśmy się wszystkich drobniaków.     

 

Århus i różowe okulary.

Roskilde - pirat który prosił sobie zrobić fotę.

Kopenhaga - reprezentacyjna Nyhavn.

Kopenhaga - ichniejszy Hasior.

Kopenhaga -policja.

Kopenhaga - rowerowisko przed dworcem, widać zaledwie fragment.

Kopenhaga - wjeżdżamy i widzimy wieżę latarni. W rzeczywistości reklama ZOO.

Kopenhaga - ścieżka rowerowa.

Kopenhaga - miejskie piaskownice.

Kopenhaga - muzeum i okręty wojenne.

Kopenhaga - wyspa Trekroner.

Zmierzch w Dragør.
 
Most do Szwecji.

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

środa, 4 września 2013

dzień 7 i 8

Wracamy - zostało niecałe 400km do Karlskrony gdzie czekał na nas prom. Ale po drodze jeszcze kilka szwedzkich latarni udało się nawiedzić. Szwedzkie autostrady wydają się być darmowe, ale i ich standard bardziej na drogę szybkiego ruchu pasuje. Polecamy wizytę w biurze turystycznym w Ystad (niedaleko portu) - za free można tam zgarnąć pokaźną ilość całkiem przydatnych map. Bardzo uroczy okazał się niewielki Stenshuvud Nationalpark, w którym znowu przejażdżka rowerem skończyła się noszeniem go na kamienistej ścieżce. Równo ze zmrokiem dojeżdżamy do Karlskrony. Mamy już mało benzyny i jedziemy od razu na przystań omijając miasto - przeciwnie do Ystad, prom do Polski startuje z dala od centrum. Wieczorem poznajemy klimaty polskiej spedycji. Słyszymy opowieści o ruskich, którzy kryją się w krzakach w każdej chwili gotowi wywiercić dziurę w baku. Edzik nie pozwala mi pić wódki i dalsze opowieści jak i niewybredne kawały już nie dla mnie. Rano znowu wstaję prawie ze słońcem i ruszam rowerem do Karlskrony. Nie było blisko, trochę się nawet pogubiłem. Gdyby mi pękła dętka na prom bym nie zdążył. Jednak udało się nawet wziąć szybki prysznic, który polecili poznani kierowcy (w budynku spedycji). Dzień na promie podobał się Edzikowi - było słonecznie i odpoczynkowo. Nie żałowaliśmy też wykupionego obiadu. A po cumowaniu w Gdyni - bezpieczny powrót do domu i powitanie niestety już śpiących dzieci.

 

Latarenka w Skanor.


Ystad - niedaleko od dworca i latarni jest biuro IT, a tam pełno map free!


Latarnia na wydmach w Sandhammaren.






Stenshuvud N. P.

 Garniec wulkana w Karlkronie.